Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Mały Vincent, duży Vincent i Tim Burton

Napisane przez: Borówka , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2013-08-15
Większość z nas kojarzy chociaż jeden film z twórczości Tima Burtona – Batman, Edward Nożycoręki, Jeździec bez głowy, Big Fish i wiele innych (ja akurat wymieniłam swoje ulubione). Zanim powstały tak kasowe przeboje, Burton w bardzo wczesnej fazie swojej twórczości, stworzył kilka godnych uwagi perełek. Jedną z nich jest film Frankenweenie (1984 r.), którego remake można było niedawno oglądać w kinach. Drugim jest krótkometrażowy film z 1982 roku, zatytułowany „Vincent”.

„Vincent” powstał w technice animacji poklatkowej, którą Burton często wykorzystuje w sowich projektach. Już od pierwszych chwil widać w nim typowe elementy, które dziś określa się mianem „burtonowskich”. Scenografia jest jak zwykle surrealistyczna – przy jej opisie zawsze przychodzą mi do głowy trzy słowa: kanciasta, połamana, ale przede wszystkim żywa. Wydaje się być równorzędnym bohaterem, który wchodzi w interakcje z postaciami animowanymi. W niektórych scenach scenografia zdaje się atakować bohaterów, gdzie indziej więzić ich. Nigdy nie pozostaje biernym tłem dla rozgrywającej się sceny. Bardzo typowy dla dzieł Burtona jest również sposób kształtowania postaci animowanych. Określiłabym je zwrotem „za bardzo”: za chude, za wysokie, za grube, za szerokie. Ta fizyczna hiperbolizacja spełnia bardzo ważne zadanie, szczególnie w takiej krótkiej produkcji jak „Vincent”. Burton wykorzystuje fakt, że człowiek myśli stereotypowo – już po paru chwilach, spoglądając na fizjonomię postaci widz wie, jakie cechy psychiczne należy danej animowanej postaci przypisać. Dzięki temu może odtworzyć historię dłuższą od wersji filmowej.

Odwołując się już do samego filmu, to jego głównym bohaterem jest siedmioletni chłopiec Vincent Malloy. Wychudzony, z podkrążonymi oczyma, to typowy nocny marek. Od razu widać, że woli życie w ciemnościach, w ukryciu i nie interesuje go zwyczajne kopanie w piłkę. Przez chwilę pojawia się postać małej siostry Vincenta – jest bardzo niska, ale jej sukienka tak szeroka, że zamiotłaby nią pół pokoju, co idealnie odzwierciedla charakter dziecka. Jest maleńkie, ale za to bardzo absorbujące. Jest też pulchna ciocia, której wyglądu już nie trzeba tłumaczyć – może warto tylko zaznaczyć, iż to właśnie ją Vincent wybrał na ofiarę swoich eksperymentów. Nad małym Vincentem czuwa matka, jako jedyna przedstawiona bez udziwnień. To tak, jakby Burton chciał powiedzieć, że nawet w takim groteskowym i przekoloryzowanym świecie istnieją wartości, które należy uszanować. Ostatnim bohaterem jest pies – mimo, że również poddawany eksperymentom, to jednak pozostaje wiernym towarzyszem Vincenta – jako symbol przyjaciela na dobre i na złe.

Przejdźmy teraz do fabuły filmu. „Vincent” opowiada o chłopcu, który chce być taki jak jego idol Vincent Price. Tak opowiada narrator. Współczesny widz, odwołując się wyłącznie do scen filmowych, mógłby pomyśleć, że chodzi o jakiegoś bohatera mrocznych opowiadań. Należy więc tę kwestię doprecyzować. Vincent Price to aktor. Urodził się w 1911 roku i do lat 90 (zmarł w 1993 roku) działał w świecie filmowym, tworząc wiele ciekawych kreacji. Jednak wśród publiczności zasłynął jako odtwórca czarnych charakterów w licznych horrorach, a przede wszystkim tych, które opierały się na twórczości Edgara Allana Poego. Mały Vincent jest zachwycony światem w jakim funkcjonowały postacie grane przez Price’a – szalonych morderców, doktorów przeprowadzających eksperymenty na ludziach i przeszukiwaniem grobów. A jego marzeniem jest stać się jednym z takich czarnych charakterów.

Od początku przedstawiane są dwa światy. W jednym Vincent odgrywa rolę zwykłego chłopca – tak aby nie przerażać na co dzień matki ani siostry. Jest miły i grzeczny. W drugim, tym wyimaginowanym, odgrywa role ze swoich ulubionych filmów, przeprowadzając operacje na psie, stwarzając nowe metody tortur i topiąc ciocię w wosku. Przez 6 minut widzowie mają możliwość przeskakiwania z jednej rzeczywistości do drugiej, razem z małym chłopcem.

W filmie nie ma dialogów. Całą historię opowiada narrator, którym jest sam Vincent Price. Również jego głos przenosi nas z jednego świata do drugiego. W wersji normalnej jest miły, łagodny, przyjazny. Natomiast później ton głosu dużego Vincenta łączy się z mrocznym alter ego Vincenta młodszego i nadaje historii jeszcze bardziej przerażający charakter. Całość opowiedziana jest wierszem, co przywodzi na myśl twórczość Edgara Allana Poego (cytat z jego opowiadania kończy animację).

Opisując ten film warto zwrócić uwagę na takie słowa jak mroczny czy przerażający. Opisują one umysł małego chłopca, a właściwie stan, jaki on sam chciałby wywoływać. Jednak przez cały film, nie można oprzeć się wrażeniu, że traktowane są z przymrużeniem oka.

To kolejna z cech twórczości Burtona. Zafascynowany strefą śmierci, marzeń sennych, nocnych koszmarów – czyni je bardziej przyziemnymi, a jednocześnie fascynującymi. Wplatając w nie elementy humorystyczne (w „Vincencie” są bardzo subtelne, natomiast w późniejszej twórczości widać je już bardziej bezpośrednio)Burton sprawia, że pierwiastek przerażenia znika, natomiast wzrasta chęć poznania zasad i zwyczajów panujących w tym dziwnym, surrealistycznym świecie.

Na zakończenie warto dodać, że Price i Burton pracowali jeszcze w jednym wspólnym projekcie. Aktor wcielił się w postać ojca-konstruktora Edwarda Nożycorękiego, człekopodobnego bohatera filmu, wyreżyserowanego przez Burtona. Wydaje mi się, że to idealne podsumowanie działalności obu artystów. Price i Burton to wspaniali ojcowie-konstruktorzy fantastycznych postaci filmowych, których magia i urok nieustannie zadziwiają widzów.

Inne teksty tego autora: