Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Czy świat potrzebuje Supermana?

Napisane przez: Gwynhwar , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2013-06-26
Tej postaci nikomu nie trzeba przedstawiać. Superman obecny jest w popkulturze od samych jej początków, a tegoroczny reboot jego oryginalnej historii wywołał wśród fanów komiksowych ekranizacji ogromne emocje. Sam pomysł pierwszego superbohatera narodził się w umysłach Joe Shustera i Jerry'ego Siegela w roku 1938. Warto nadmienić, że wachlarz jego mocy ewoluował, a ich początkowy zestaw był dużo uboższy niż aktualnie. Zmianom ulegali również jego przeciwnicy. Skorumpowani policjanci, politycy czy biznesmeni powoli ustępowali pola potworom i szalonym naukowcom, zawsze do pewnego stopnia odzwierciedlając panujące niepokoje społeczne. Także charakter bohatera ulega przemianom. Pierwowzór był o wiele bardziej gwałtowny, targany sprzecznościami i brutalny. Powoli łagodniał stając się przeciwwagą dla innego dziecka kuźni DC, mrocznego rycerza Gotham. Historia ocalałego chłopca o niezwykłych mocach była inspiracją dla wielu filmów jak również seriali. W czym jednak tkwi jego fenomen?

Przez wiele lat postać Supermana kojarzona była z Christopherem Reeve, który od końca lat siedemdziesiątych wcielał się w nią czterokrotnie. Jego zdjęcia nawet dziś pojawiają się jako pierwsze w rezultatach wyszukiwania. Dotychczas żaden odtwórca roli Supermana nie odcisnął się w zbiorowej świadomości tak mocno. W latach dziewięćdziesiątych wątek bohatera podjął serial „Nowe przygody Supermana”. Seria podobnie jak późniejsze „Tajemnice Smallville” cieszyła się sporą popularnością, także w Polsce. W 2006 roku historia powróciła na srebrne ekrany za sprawą Bryana Singera w kontynuacji przygód superbohatera. Superman: Powrót, luźno nawiązuje do wcześniejszych filmów, spotkał się jednak z niepochlebnymi recenzjami oraz chłodnym przyjęciem. Podjęte wątki są nostalgiczne, fabuła nie wolna od błędów, a jedynie postać samego bohatera ratuje sytuację. Brandon Routh, którego dziecięcym marzeniem było wcielenie się w Supermana, pokonał wielu aktorów ubiegających się o tę rolę. Przekonał producentów ogromnym fizycznym podobieństwem do swojego poprzednika Christophera Reeve. Potencjał został niestety zmarnowany. Pierwszy bohater na stałe zagościł jednak w naszych umysłach. W przeciwieństwie do Wayne'a czy Parkera, którzy bohaterami stali się w wyniku różnorakich okoliczności, on bohaterem się urodził. To Clark Kent jest jego maską. To ideę jego misji parafrazuje słynny cytat wujka Bena. To on pierwszy zmierzył się z wielka mocą, za którą musiała pójść ogromna odpowiedzialność.

Dochodzimy do ostatniej z ekranizacji, która miała na nowo napisać historię bohatera z Kryptonu. Ogromny budżet, wielkie nazwiska oraz muzyka Hansa Zimmera, szalenie rozdmuchały oczekiwania wobec „Człowieka ze stali”. Dech zapiera rozbudowana historia zagłady planety Krypton. Nigdy wcześniej kino nie dawało nam tak dużego wglądu w cywilizację, która wydała na świat Kal-El'a. Architektura oraz technologia mocno inspiruje się co prawda tym co już było. Organiczne kształty żywcem wyjęte są z pól uprawnych Matrixa, czy z Prometeusza, jednak zebrana w całość wizja oszałamia. Zwłaszcza sceny kataklizmu. Wstęp daje nam też pogląd na główne zagrożenie w postaci diabolicznego Generała Zoda. Z ogarniętej apokalipsą planety chłopiec przenosi się na Ziemię, gdzie zostaje adoptowany przez małżeństwo Kentów. Prosta, życiowo mądra para wychowuje go najlepiej jak potrafi według znanych im zasad. Clark staje się typowym amerykańskim chłopcem, którego dotykają wszystkie możliwe problemy dorastania. Historia jego młodzieńczych lat choć pokazana na zasadzie flashbacków daje nam pełen obraz chłopaka, który wie, że jest inny. Chłopaka, który gdy dorośnie przemierzy duży kawał świata i pozna ludzi, których ma chronić. Zack Snyder pokazuje ten świat bez skrupułów. Jest obdarty z jakiegokolwiek patosu. Ot, ludzie ze swoimi problemami, głupi i mądrzy, odważni i tchórzliwi. Otrzymujemy cały przekrój. Razem z bohaterem uzmysławiamy sobie, że to co będzie docelowo chronione to potencjał w tym świecie zawarty. Ludzie będę upadać i będą błądzić, jest to w pisane w ludzką naturę. Jednak to Kal-El będzie tym do czego zaczną dążyć. Tytułowy Człowiek ze stali, to nie tylko bohater od którego odbijają się kule. To synonim istoty moralnie stałej, absolutnego odnośnika. Nie trudno tu nie dostrzec ogromu odpowiedzialności. Nie chodzi tu jedynie kontrolowanie swojej mocy. Kent naturalnie zmaga się z nią bardzo często, jednak to moralna odpowiedzialność wychodzi na pierwsze miejsce. Jako wzór do naśladowania nie ma on prawa do popełniania błędów. Skoro ma być dla ludzi bogiem, nakłada to na niego ogromne oczekiwania. Film zresztą zarzuca nas analogiami do postaci Chrystusa. Wiara chrześcijańska jest naturalnie wpisana w amerykańska kulturę, tu jednak u jej flagowego bohatera narzuca się sama. Człowiek ze stali zostaje zesłany przez swojego ojca, aby uratować ludzkość. Język polski dość niefortunnie ogranicza angielski odpowiednik „save”, którego szersze znaczenie ociera się o nasze „zbawić”. Tak zatem Kal-El zostaje zesłany, aby nas zbawić, a w wieku 33 lat poświęca się dla ludzkości potulnie poddając Zodowi. Takich odniesień jest w filmie bardzo wiele, stają się wręcz nachalne. Jak inaczej jednak zamknąć tą prostą historię w strawne ramy? Widz najwyraźniej tego potrzebuje.

Jak swój komiksowy protoplasta Superman Snydera daje nam obraz społecznych niepokojów. Nie jest to jednak już tak dosłowne jak widoczne w innych produkcjach zagrożenie światowym terroryzmem czy rozwojem technologii. Niepokój ten powraca do najprostszych historii. Sugeruje, że świat łaknął nie playboya, półboga czy genetycznie zmodyfikowanego żołnierza, lecz bohatera, który wyraźnie powie co jest złe, a co dobre. Superman jest takim właśnie wyznacznikiem. Moralnie niepodważalnym wzorem, do którego mamy dążyć. W świecie, w którym każda kolejna zasada jest wypaczana i swobodnie interpretowana pierwszy superbohater powraca do swoich korzeni. Sięgają one jednak późnych lat czterdziestych, świata, który ogromnie różnił się od naszej globalnej wioski. A z roku na rok różni się coraz bardziej. W związku z tym potrzeba prostych zasad wydaje się nostalgiczna. Naturalnym dążeniem człowieka jest upraszczanie zastanych mechanizmów. Rozwijająca się cywilizacja nie sprzyja prostocie. Jej rozwój oparty jest na tworzeniu coraz bardziej skomplikowanych form, likwidowaniu tych które się nie sprawdzają i faworyzowaniu tych udanych. W tym momencie przesłanie Człowieka ze Stali okazuje się słuszne i logiczne, aczkolwiek nijak do naszych czasów nie przystaje.

Inne teksty tego autora: