Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

10 odjechanych koncepcji fantastyki naukowej

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2013-04-27

Fantastyka naukowa to literatura pomysłów.

Wiedział tu już H. G. Wells, który każde swoje opowiadanie budował na konkretnym myślowym koncepcie. I za każdym razem zaskakiwał jeszcze bardziej publikę. Tej umiejętności ciągłego wprowadzania w zdumienie zazdrości mu pewnie po dziś dzień każdy pisarz i pismak z kręgu science fiction. Na jego modelu, fantastyki naukowej, jako literatury niezwykłych koncepcji wprawianych w ruch, wyrosły generacje pisarzy-fantastów, dokładające kolejne cegiełki do budowli wyobraźni. To właśnie zdanie sobie sprawy z mocy niezwykłości, jest po dziś dzień pierwszym krokiem twórców fantastyki ku świadomej kreacji. Skrótem: pomysł to podstawa science fiction.

Dzisiejsza fantastyka pełna jest osobliwości. Stephenson czaruje szalonymi modelami ekonomicznymi, Egan żongluje nowymi rodzajami płci, Dukaj zmusza atomy do wskakiwania na zupełnie nowe tory fizyki i chemii. Jednak pomiędzy Wellsem, Ojcem Założycielem science fiction, a współczesnymi nam twórcami Fantastyki 2.0, zieje sto lat coraz rzadziej odwiedzanej przez czytelników historii niesamowitości. Wizje wielkich wieszczów fantastyki powoli grzęzną w zapomnieniu. A fanom wydaje się, że między prehistorią Verna i Poego, a informatycznym szaleństwem dzisiejszych tuzów sf, nie działo się nic ekscytującego.

Błąd. Błąd. Błąd! Błąd, który czas już naprawić.

Oto przed Wami ranking dziesięciu subiektywnie najwyśmienitszych fantazji, jakie przed kryzysem fantastyki lat osiemdziesiątych udało się zgromadzić pod szyldem science fiction. Dla niedoświadczonych – drogowskaz, dla zaawansowanych – miłe przypomnienie… A dla wszystkich: coś odjechanego!

10. Muł, Isaac Asimov, cykl o „Fundacji”

Ależ z niego pomysłowy mutant!

Muł to koleżka zaiste niepozorny. Szkaradny chudzielec w stroju błazna, którego specjalnością jest manipulowanie emocjami, to ktoś, kogo każdy pokocha. Na drodze ślepej ewolucji ta pokraka zdobyła umiejętność szczególna i niespotykaną. Otóż postrzega emocje człowieka, jako strumienie różnorakich energii… Jednak nie tylko jest to empata doskonały, to także perfekcyjny namawiacz i manipulator. Muł potrafi dowolnie sterować ludzkimi uczuciami. Nawet jeśli zamierzasz go zabić, to nie masz szans brachu – muł w kilka nanosekund przekieruje twoje uczuciowe kanały i zrobi z ciebie najpoczciwszego poddańca.

Ta karykaturalna postać daje dowód temu by nie sądzić nigdy książki po okładce. Oto bowiem Mułowi udało się nie tylko podbić znaczną część galaktyki i zbudować prężnie działające imperium – dokonał bowiem niemożliwego – dzięki swym manipulacyjnym zdolnościom zdołał zniszczyć legendarną Fundację, handlowego i naukowego monopolistę trzęsącego niemalże całym wszechświatem.

„Nie zadzierać mutantami”, to zasada, o której wszyscy musimy pamiętać!

9. Nawigatorzy, Frank Herbert, „Kroniki Diuny”

To też są mutanci. Ale za to budzą o wiele większy respekt od klauna-pokraki z pozycji numer dziesięć. Dlaczego?

No więc… Zdecydować się na masywne zażywanie melanżu, w skutek czego ciało przybiera postać kosmicznej ropuchy, niemożnej do przebywania poza wnętrzem napełnionego przyprawowym roztworem klosza…. Trzeba mieć jaja by podjąć się czegoś takiego.

Było nie było, profity z takiej transformacji są jednak bardzo kuszące! Przemiana w Nawigatora to nie przelewki – poważanie, bogactwo, wpływ na losy galaktyki- osobnik, który zdecyduje się na ten wyczyn, staje się niemalże filarem kosmicznego społeczeństwa! Może cielesnych rozkoszy już nie zaznamy, jednak ciągły kontakt z wchłanianym masowo melanżem, najwspanialszym z narkotyków, zapewne daje doznania przewyższające zabawy zwykłych śmiertelników.

No i ta jakże kusząca możliwość zakrzywiania czasu i przestrzeni. Słynne „Traveling without moving”… Cóż, wielkie przywileje niestety mają swoją cenę.

8. Intryga Glimmunga, Philip K. Dick, „Druciarz Galaktyki”

Dick jest mistrzem niezwykłości – wiadomo. I wstydem było by tu zdradzić fabułę jednej z jego najlepszych i najbardziej zabawnych książek. Warto jednak zwrócić na nią uwagę, bo zaprawdę, drugiej takiej historii w świecie fantastyki nie ma i długo jeszcze nie będzie.

Tytułowy druciarz nie ma zbyt wiele pracy, przyszłość to raczej nie jest miejsce, w którym będzie duże zapotrzebowanie na usługi naprawcze związane z ceramiką. Jak wielkie jest zdziwienie bohatera, gdy dzwoni do niego pozaziemska istota zwana Glimmungiem i oferuje mu sumę o zbyt wielkiej ilości zer, by je spamiętać, w zamian za pomoc przy renowacji Katedry znajdującej się na bardzo odległej planecie. Jak pewnie się domyślacie chłopak długo się namyślał nie będzie.

Intryga jest tu totalnie pokręcona: pojawią się między innymi przepowiadające przyszłość garnki, Kalendzi: kosmici sterujący przepływem zdarzeń za pomocą spisywanych kronik, no i sam Glimmung, który jest nie tylko zadziwiający w kwestii swej budowy i umiejętności, ale i sposobu bycia.

Tytuł dziś nieco zapomniany w stosunku do wielkich dzieł Dicka, a jakże godny uwagi!

7. Tweel, Stanley G. Weinbaum, „Odyseja marsjańska”

Jeśli ktoś z was ma nadmiar wyobraźni, która wypływa wraz każdym błyskiem neuronowej siatki, z pewności próbował swych sił w powoływaniu do życia wyimaginowanego świata. Wie więc jak żmudne i niewdzięczne to zajecie – przelewać swoje wyobrażenia na papier i temperować je do obrazu zdatnego do zdzierżenia przez „szeregowego” czytelnika.

Weinbaum Marsa odmalował nam na długo przed tym niż rzeczywiście zobaczyliśmy jakiekolwiek zdjęcie z jego powierzchni. I cóż, wizjoner z niego był marny, bo może i nie zaszalał z krainami fantazji w stylu Gustava Le Rogue, ale i daleko mu tu do realizmu Kima Robinsona czy Bena Bovy. Mars Weinbauma jest tu bowiem krainą iście absurdalną.

Są tu między innymi rośliny mieszające ludziom w zmysłach, dziwaczne zwierzęta i wesoły stworek budujący piramidy ze swoich odchodów, które schodzą jednak na bok, gdy dochodzimy do marsjańskich autochtonów. Ci zaś różnią się bardzo od waszych ulubionych xenomorfów, szaraków czy nawet małych, zielonych ludzików. Jest to bowiem rasa wielkich i niezbyt sprytnych kosmicznych strusi (poza tym, że mają cztery macko-łapy i cztery palczaste wyrostki, oraz niezwykle giętką szyję przypinająca pałąk wiadra – co ze strusiami się nie już nie kojarzy). W T F!

Tweel, bo tak ma na imię osobnik, który reprezentuje marsjańskich tubylców podczas tytułowej odysei, jest tyleż dziwny na zewnątrz, co i wewnątrz – jego życie umysłowe pozostaje po dziś dzień zagadką. Najbardziej inteligentnym gestem tego stwora było wbicie dzioba w wizerunek marsa rozrysowany na piasku i szereg bliżej niezidentyfikowanych świergotów… No cóż…

Dobra, trochę przesadzam. Nasz ptaszek wyćwierkał kilka słów po angielsku. Ba! Nawet przyznał, że jego koledzy odwiedzali ziemski Egipt i byli tam postrzegani jako bogowie… No… Ale to jednak ptasi móżdżek jest!

6. Przekaźnik Emocji, Robert Silverberg, „Człowiek w labiryncie”

Obcy w powieści Silverberga to nic szczególnego, takie tam ludki z kosmosu, z którymi nie sposób się porozumieć. Astronauta, który został wysłany z misją nawiązania kontaktu, błędnie założył, że skoro wszystko szwankuje, to matematyka, najbardziej uniwersalna z nauk, da jakąś możliwość rozmowy. Niestety Obcy chyba obrazili się na wysłannika ludzkości, bo w zamian za narysowanie pitagorejskiego trójkąta zrobili mu niezłe kuku!

Nasz bohater w skutek ich operacji stał się emiterem emocji. Jego życie wewnętrzne stało się zewnętrznym, to jest emocje, które z siebie wydziela są nie do zniesienia dla innych ludzi. Jak zapewne się domyślacie, taka cecha utrudnia kontakt z kimkolwiek z naszego rodzaju, zwłaszcza, że oprócz bólu, jaki sprawia przebywanie z bohaterem, dochodzi jeszcze niemożność ukrycia przez niego jakichkolwiek myśli, choćby i najbardziej negatywnych.

Nie pozostaje nic innego jak tylko ukryć się w labiryncie stworzonym przez prastarą kosmiczną rasę i nie wyściubiać stamtąd nosa, co?

5. Myślący Ocean, Stanisław Lem, „Solaris”

Pełno jest zwykłych kosmitów. Takich codziennych. Ludzkich. Albo przynajmniej zwierzęcych. Umysł nasz ma ograniczone zdolności przerobowe, co do tego, co można, a czego nie można wpisać w formę pozaziemskiej inteligencji.

Jednak kiedy za obmyślanie mieszkańców innych planet zabiera się ktoś, kogo IQ prawdopodobnie wieki temu osiągnęło przysłowiowe „over 9 000” – zaczyna robić się ciekawiej. Na zwykłości nie ma już miejsca.

W monumentalnym „Solaris” Stanisław Lem po raz kolejny opisuje nam pięknie, jak to niemożliwe będzie nawiązanie kontaktu z obcym. Dochodzi tu do poziomu, w którym owo obce, staje w miejscu nieokreślonym – pomiędzy światem życia i niebytu, pomiędzy świadomością wyższego intelektu, a bezrozumem natury. Oto solaryjski Ocean.

Tajnik jego istnienia zgłębiany był tak długo, że utworzono osobną naukę dla jego badaczy – solarystykę. Przez lata naukowcy głowili się nad tym, czy Ocean jest li tylko bezrozumną siłą przyrody, czy jednak potrafi samodzielnie myśleć… Może czuć?

Faktem jest, że potrafi on odwzorowywać pokazane mu przedmioty… A nawet żywe osoby. Bardziej sporne jest to, czy może czytać w myślach człowieka i wykorzystywać zdobyte informacje dla swoich potrzeb. Jeszcze mniej pewne jest, czy zdarzenia mające miejsce w „Solaris” Lema, faktycznie dotyczą próby kontaktu Oceanu z kosmonautami, na orbitującej dookoła jego planety stacji kosmicznej, jak i jego domniemanych intencji.

Pewne jest jedno: Lem stworzył w tej książce obcego idealnego. I pewnie bardziej dojmującego obrazu próby komunikacji między dwoma światami już nie ujrzymy. Bo mistrz jest tylko jeden.

4. Can-D i Chew-Z, Philip K. Dick, „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”

Narkotyki-ryki-tyki-tyki, jak śpiewał poeta.

Philip Dick zdecydowanie wiedział, o co chodzi i pod wpływem wyskokowych specyfików spłodził jedne z najbardziej ekstatycznych narko-wizji. Kiedy jego talent do odmalowywania odmiennych stanów świadomości zetknął się z tematem inwazji z kosmosu… Cóż… Wielce specjalistyczne słowo mindfuck pasuje jak ulał do tego, co nastąpiło na kartach tej powieści.

Mieszkańcy odległych od Ziemi kolonii potrzebują jakiejś rozrywki… Więc zbierają lalki i urządzają im domki w stylu pięknego american dream. Zdziecinnienie? Nie do końca. Oto bowiem po zażyciu narkotyku Can-D nasz umysł zostaje przetransportowany do wybranej laleczki i możemy wieść życie dostatniego małżeństwa z amerykańskiego przedmieścia. Monotonia, brudy i trudy życia na Marsie choć na chwilę znikają z widnokręgu…

Jednak to nie wszystko!

Na rynku pojawia się właśnie konkurencyjny narkotyk, Chew-Z. Jego efekty są… Cóż, tak jak i w przypadku poprzedniej pozycji Dicka, grzechem byłoby zdradzać zbyt wiele, jednak warto nadmienić, że Bóg, kosmici, podróże w czasie i eksperymenty nad zwiększaniem możliwości mózgu są tu istotnymi elementami tajemnicy!

3. Gateway, Frederick Pohl, Gateway Brama do Gwiazd

Wyobraź to sobie!

Wygrałeś na loterii i wyruszasz w podróż twojego życia. Czeka cię niepewna fortuna i jak najbardziej przesądzona śmierć – z nudy, albo z wycieczenia. Ale to i tak lepsze, niż siedzieć w kopalni substytutu pożywienia, gdzieś w czeluściach starej, wyniszczonej planety, z której pochodzisz. Wszystko jest lepsze, niż zdychanie powoli w ponurych objęciach Ziemi.

Dla znajdującej się na skraju zagłady ludzkości, odnalezienie Gateway to nowa nadzieja. Dryfujący na kosmicznej skale kosmodrom obcej, tajemniczej rasy mami nowymi możliwościami. Cudowne technologie, bogactwo, lepsza przyszłość…. Jest tylko jeden problem. Nikt nie wie, dokąd poleci twój kosmiczny statek. Poprzedni użytkownicy kosmodromu, nie pozostawili ludzkości żadnych wskazówek na to, dokąd polecą zaprogramowane z góry gwiezdne bolidy.

Wyrywasz się ze swojej paskudnej planety, patrząc w ekran telewizora i marząc, że zdobędziesz sławę dzieloną przez nielicznych bohaterów, którzy na końcu podroży obcym promem znaleźli fortunę. Lądujesz na stacji Gateway i próbujesz ułożyć sobie życie – jakoś. Bo w tym szarym, depresyjnym świecie, nie wiele jest miejsca dla wybitnych osobistości. Każdy tylko czeka na swoją kolej w samobójczej misji.

Kiedy wsiadasz do statku, w centrum lotów zapala się kilka nic nieznaczących lampek i wylatujesz przez jedną z bram. Potem czekasz na pokładzie, na kres swojej podróży. Masz duże szanse na to, że nim ten nastąpi, umrzesz z głodu lub zwyczajnie ci odbije. Z resztą na końcu, miast upragnionych bogactw pozostawionych przez wymarłą rasę z kosmosu, równie dobrze może czekać na ciebie czarna dziura.

Ale to i tak lepsze, niż tkwić pod powierzchnią Ziemi i wraz z resztą przeludnionego świata patrzeć jak ludzkość stoi u progu zagłady.

I jak? Fajnie?

2. Smardz i Sodal-Ye, Brian Aldiss, „Cieplarnia”

Drzewo Figowe z powieści Aldissa jest przeludnione dziwacznymi mieszkańcami. Mamy tu między innymi Brzunio-Ludzi, którzy żyją podłączeni do mięsistych pni, czy olbrzymie pajęczaki snujące swe sieci między ziemią a księżycem. Jednak w tej krainie osobliwości brylują dwie gwiazdy, nie wiadomo w sumie, która z nich jaśniejsza: niejacy Smardz i Sodal-Ye.

Ten pierwszy to hiperinteligentny grzyb, usiłujący zapanować nad światem. Smardz atakuje swoje ofiary, po czym zamiast je zjeść, zagnieżdża się na ich ciele, wykorzystując je jakoby swoje własne. W zamian za inteligencję, jaką obdarza pochwyconego, zmusza go do służby i wierności, z biegiem czasu rośnie w siłę i knuje… Knuje na całego!

Drugi osobnik również nie grzeszy zwykłością. Sodal-Ye to gigantyczna ryba, dźwigana na barkach starego, zmęczonego mężczyzny – o ile Smardz to w książce Aldissa ucieleśnienie cwaniactwa i przebiegłości, o tyle rybi Sodal jest emanacją czystego, obiektywnego intelektu. Uczona ryba zna odpowiedź na niemal każde pytanie, zgłębia przez całe życie tajniki cieplarnianego świata i ostrzega… Ostrzega przed tym, co tylko dla umysłu tego niezwykłego stworzenia stało się ewidentne: nadchodzi zagłada całej planety.

1. Winda Czasowa, Isaac Asimov, „Koniec wieczności”

W naszym rankingu było już wiele dziwactw, ale wielki mistrz Isaac Asimov, -który gwoli przypomnienia otwierał też całą stawkę – przebił wszystkich. Oto bowiem mamy windę, która miast jeździć pomiędzy kolejnymi piętrami… Podróżuje w czasie.

Gigantyczny korytarz czasowy, który umożliwia podróżowanie w przód i w tył po osi czasu od momentu jego powstania, to niezwykły środek do cywilizacyjnej ekspansji. Nie ma już problemu przeludnienia, głodu czy nieuleczalnych chorób. Handel i wymiana ludzi i doświadczeń następuje tu już nie tylko między terytoriom, lecz dosłownie między wiekami istnienia ludzkości.

Niektóre z okresów zamieszkałych przez kolonizatorów pobudzają wyobraźnię same w sobie, w odłączeniu od całej tej niezwykłej koncepcji. Mamy tu wieki zbudowane z czystej energii, czy takie, w których wszystkie działania opierają się na używaniu wody. Są też najwyższe, jeszcze niezbadane piętra Wieczności, pełne tajemnic, czekające na skolonizowanie.

Niestety ludzkość rozleniwia się tutaj niemiłosiernie - nowe odkrycia, ambicje, potrzeby eksploracji, sięgania ku gwiazdom – to wszystko znikło już w cywilizacji Wieczności. Winda zapewnia wszystkim dobrobyt, ale kosztem tego, co w dużej mierze czyni nas ludźmi: potrzeby rozwoju i przekraczania granic.

Specjalne wyróżnienie: SOACH, Kurt Vonnegut , „Śniadanie Mistrzów”

Kilgore Trout to pisarz specyficzny – bo niezbyt wybredny, niezbyt inteligentny i o niezbyt dużym sukcesie, który ma zresztą dawno za sobą. Nie można mu jednak odmówić kreatywności, zwłaszcza, gdy snuje plany swojej przyszłej książki – której pewnie nigdy nie napisze.

Kilgore pojawia się w kilku książkach Kurta Vonneguta, ale „Śniadanie Mistrzów” to największy popis pisarzyny. Stary dziadyga przedstawia tam koncepcję szczególnej planety.

Ludzie mieszkający tam żyją do góry nogami pod ziemią, przekopując się pazurami u nóg przez warstwy śniegu. Skąd ten śnieg? Bo Słońce również siedzi pod ziemią, więc nie ma kto ogrzać zmarzniętej skorupy. Całość ochrzczona zostaje mianem Planety Odwróconego Chaosu, czyli SOACH.

Doprawdy, wyobraźnia nie zna granic!

Fantastyka naukowa to literatura pomysłów.

I nic się dzisiaj w tym zakresie nie zmieniło. Po wzmiankowanych tu szaleńcach przybyli następni, ze swoimi nowoczesnymi widziadłami. Dukaj, Stephenson czy Egan z równą wprawą budują odważnie swoje niesamowite koncepcje. I miejmy nadzieję, że po nich również i następne generacje nie zatracą tej potrzeby stykania swych czytelników z niesamowitością. Że za kolejnych sto, dwieście czy trzysta lat, ktoś będzie spisywał podobne tej listy, próbując skatalogować ich błyskotliwe myśli, dając dowód temu, ze ludzka wyobraźnia nie zna żadnych oporów i przekracza wszelkie bariery.

Niech nam kwitnie naukowa fantastyka!

Inne teksty tego autora: