Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

7 niewspaniałych. O Drogówce Smarzowskiego

Napisane przez: Zaratustra , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2013-03-06
"Drogówka" to jak na razie najbrutalniejszy film jaki powstał w naszym kraju. Nowe dzieło Smarzowskiego prowokuje więc pytanie, które amerykanie zadają sobie już od ponad czterech dekad: czy w ujawnianiu patologii jest jakaś granica której nie powinno się przekraczać? Przesada i przejaskrawienie które Smarzowski przenosi z wielką pasją na język filmu przysporzyło mu zarówno zwolenników jak i wrogów, wydaje się jednak, że„Drogówka” radykalizuje stanowisko głównie tych drugich.

Ukazywanie okrucieństwa z całą jego dosłownością jest najprostszym sposobem na wywołanie u widza silnych emocji, przede wszystkim lęku. Nie starczyłoby tu miejsca na wymienienie wszystkich znakomitych twórców filmowych, którzy igrali z granicami dobrego smaku. Brutalność jest nie tylko atrakcyjna filmowo, może też przyświecać określonym celom, na przykład kino kontrkultury lat siedemdziesiątych karmiło się niepokojami społecznymi związanymi z wojną w Wietnamie. Przemoc była wyrazem protestu przeciwko polityce Stanów Zjednoczonych, ujawniała jej skutki bez ubierania w ładne i chwytliwe słowa. Dla polskich twórców wymarzonym tematem do operowania na społecznych lękach była transformacja ustrojowa, co jednak wykorzystało niewielu: Pasikowski w "Psach" czy Wylężałek w "Balandze" byli nielicznymi którzy rozumieli ten potencjał. Smarzowski wydaje się więc być twórcą który przyszedł w niewłaściwym czasie, a jednak ekstremalna społeczna analiza z „Wesela” czy „Drogówki” lepiej odzwierciedla duchową kondycję naszego kraju niż na przykład kiepska ekranizacja „Made in Poland” Wojcieszka sprzed kilku lat.

Początkowo film miał nosić tytuł „7 dni”. Koncept był następujący: jeden tydzień, siedmiu gliniarzy i siedem grzechów głównych. Od razu pojawiły się domysły o nawiązaniu do „Seven” Finchera, ale spekulacje te okazały się równie niepoważne co porównania „Domu złego” do „Fargo”. Powód nadania roboczego tytułu był prozaiczny: Smarzowski uparł się, że film zostanie nakręcony w stolicy, a trudniej byłoby uzyskać zgodę na kręcenie w określonych miejscach jeśli tytułem byłaby „Drogówka”. Sam pomysł na kręcenie filmu o policjantach reżyser tłumaczył tym, że brał kiedyś udział w powstawaniu programu telewizyjnego o pracy policji drogowej w Polsce. Już wtedy zaobserwował ogromny niewykorzystany filmowo potencjał: męskie rozmowy, policyjny slang, tragiczne a czasami komediowe sytuacje z udziałem osób łamiących prawo. Planując stworzenie filmu o korupcji, postanowił połączyć doświadczenia zaczerpnięte z kręcenia tamtego programu z podobną jak w „Róży” historią o samotnym kowboju w uściskach brutalnej rzeczywistości.

Tym samotnym kowbojem jest tutaj sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa), który zostaje wplątany w potężną intrygę i postanawia walczyć o dobre imię narażając przez to swoich bliskich na niebezpieczeństwo (relacje z najbliższymi też zostaną oblane przez Smarzowskiego pikantnym sosem). Mimo, że bohaterski sierżant sprawia wrażenie najbardziej pozytywnej postaci, bliżej mu do uczestnika „Wesela” niż do czystego jak łza Tadeusza z „Róży”. W „Drogówce” zazwyczaj nie ma prostych podziałów na tylko dobrych i uczciwych, jak ulał pasuje tu cytat z Gogola „jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, też świnia”.

Każdego policjanta drogówki mocno naznacza któryś z grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, gniew, lenistwo i nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (choć to ostatnie akurat pasuje do wszystkich). Moim zdecydowanym faworytem w tej liście grzeszników jest sierżant Petycki (Arkadiusz Jakubik), z którym było najwięcej komicznych sytuacji w filmie: dawno nie widziałem takich salw śmiechu w kinie jak w jednej ze scen z zakonnicami (kto zobaczy ten zrozumie). Może to będzie porównanie nieco na wyrost, ale Jakubik zagrał seksoholika jeszcze dosadniej od Fassbendera we „Wstydzie”, choć wydaje się to nieprawdopodobne. W tym jednak przypadku siła jego roli tkwiła w fizyczności: Petycki wygląda dokładnie tak jak wyobrażamy sobie najohydniejszego zboczeńca, człowieka który wygląda na tyle podejrzanie że nikt z nas nie zostawiłby przy nim swojej córki sam na sam.

Diagnozy społeczne podane w„Drogówce” trafiają w sedno z bardzo wielu powodów, weźmy na przykład to, że premiera filmu przypadła na dzień w którym Komisja Europejska zamroziła pieniądze na polskie projekty drogowe z powodu podejrzeń o korupcję i zmowy cenowe. Ciężko Smarzowskiego podejrzewać o przewidywanie przyszłości, a jednak właśnie o tym trąbiły media kiedy trwał jeszcze pokaz przedpremierowy „Drogówki”. W filmie wątek ten wyłania się w momencie kiedy reżyser doprowadza do maksymalnych rozmiarów lawinę patologicznych wydarzeń - zaczynając od reportażowych, nieco zabawnych drogowych sytuacji z udziałem zwykłych obywateli, kończąc na korupcji i mafijnych spiskach najwyżej postawionych ludzi w państwie.

Z takich właśnie kilku filmowych warstw składa się „Drogówka”, a do każdej z nich Smarzowski dobiera odpowiednio się do tego nadające środki wyrazu: odważnie mieszają się tu ze sobą tradycyjne ujęcia oraz scenki prosto z telefonów komórkowych. Z początku byłem do tego pomysłu nastawiony niezbyt przychylnie, na szczęście w filmie prezentuje się to wszystko wiarygodnie, chaotyczne ujęcia z mobilnych urządzeń współgrają tutaj z dynamicznym montażem i częstymi ujęciami „z ręki”. Smarzowski, który z wykształcenia jest operatorem, przy współpracy z Piotrem Sobocińskim potrafi tak łączyć ze sobą poszczególne sceny, że mimo chaosu widz nie odczuwa bólu głowy (jak to się mi zdarzało w filmach np. Iñárritu) a raczej zamierzoną dezorientację. Sceny - w zależności od nośnika w jakim są kręcone - mają tutaj dokładnie wyliczoną długość, dzięki czemu sztywne ujęcia płynnie wymieniają się z amatorskimi nagraniami nie rażąc sztucznością. „Drogówka” to prawdziwy operatorski majstersztyk, film który ogląda się jednym tchem z przyspieszonym pulsem.

Nowy film Smarzowskiego jest interesujący również z innego powodu: już dawno nikt w polskim kinie nie podjął tak odważnej próby ujęcia stanu ducha i materii największego miasta w Polsce. Może jeszcze nikt tego nie zrobił? Warszawa jest tu wielkim, tętniącym życiem placem budowy: reżyser nie szuka tu na siłę efektownych miejsc, żeby pokazywać stolicę jako bogate, nowoczesne miasto. Interesują go miejsca zwykłe, brudne zaułki koło wiaduktów gdzie najczęściej można spotkać patrole policyjne i gdzie zwykle zdarzają się śmiertelne wypadki. Sam reżyser zdradził zresztą swoją fascynację „Złym” Tyrmanda, a w jednym z wywiadów dał do zrozumienia, że poważnie rozważał jeszcze nie tak dawno ekranizację tej perełki polskiej literatury. Być może dzięki temu wyczuciu, błąkający się po mieście i poszukiwany przez policję sierżant Król bije na głowę doktora Kimble ze „Ściganego”, zresztą, prawdę powiedziawszy to pościg w „Drogówce” bije na głowę wszystkie hollywoodzkie pościgi razem wzięte.

W tym momencie muszę się odnieść do początku tego tekstu: pytania czy została przekroczona „granica”. Tu warto powrócić do pytania zawartego w „Kuracji”: a gdzie jest granica? Zapytany w jednym z wywiadów Smarzowski „Panie, czy nie za dużo tej wódki?”, reżyser ze stoickim spokojem odpowiedział „wódka to dopiero będzie w filmie który teraz kręcę”. Jeśli dodać, że w jego planach jest film o rzezi wołyńskiej, najbardziej brutalnej i sadystycznej zbrodni w czasie II wojny światowej, ciężko nie dojść do wniosku, że twórca ten nie zwalnia, przeciwnie, wymaga od swojego widza coraz to większej tolerancji na przemoc, patologię, okrucieństwo. Przekraczanie granic to znak firmowy tego reżysera to jest właśnie jego krój pisma: karykaturalne odbicie rzeczywistości w pękniętym lustrze. Zarzucane więc, że „Smarzowski przesadza”, jest równie rozsądne co zarzucanie Hayao Miyazakiemu, że "kręci anime".

Mimo to uważam, że znalazły się w „Drogówce” co najmniej dwa – nieznaczne wprawdzie – ale jednak bobki. Weźmy na przykład scenę w której mój ulubiony Petycki pyta się jednej z dziewczyn: „pierdolisz się czy trzeba z Tobą chodzić”? Dziewczyna oczywiście trzyma w ręku flagę Watykanu, a w tle nieco niewyraźnie przejeżdża... papież. Wszyscy wiemy o co w tej scenie chodzi, ale czy naprawdę trzeba było umieszczać głowę kościoła żeby każdy musiał zrozumieć absurd sytuacji? Poczułem się trochę jak na lekcji w gimnazjum gdzie pierwszy raz zobaczyłem „American Pie” (wyjaśniam, że było to dosyć przykre doświadczenie filmowe). Innym razem sierżant Król trafia na polityka którego chroni immunitet, i – oczywiście – spotykamy tego samego jegomościa w dalszej części filmu, zupełnie przez przypadek zamieszanego w jedną z intryg. Zbieżność wydarzeń równie mocna co w „Mechanicznej Pomarańczy”, tyle że tam przejaskrawienie było integralną częścią formy, w „Drogówce” sprawiło to wrażenie jakby scenarzysta pisał tekst po lekkim kacu. Są to jednak drobiazgi, o których zapomina się dosyć szybko, a które wynikać mogą z mojego przewrażliwienia, w końcu podobne rzeczy w filmach zdarzają się nader często.

Reżyserski talent Smarzowskiego oparty jest między innymi na łatwości z jaką potrafi rozszerzać u widza otwarte z wrażeń rany, żeby przeprowadzać na nich filmowe zabiegi. Reżyser konsekwentnie wyznacza i realizuje kolejne postanowienia, które na pierwszy rzut oka wydawać się mogą niemożliwe do realizacji, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że wtedy kiedy chce się uderzyć, najbardziej boli cios znienacka. Po każdej projekcji jego filmów nie sposób od razu wstać z miejsca: większość widzów siedzi przykuta do siedzeń, widać refleksję, smutek, niedowierzanie.

Musze się przyznać, że chyba na żadne filmy nie czekam tak bardzo niecierpliwie niż na te które co roku wychodzą spod ręki Smarzowskiego. Za każdym razem powtarza się w mojej głowie te same pytanie: czemu jego filmy nie są prezentowane na światowych festiwalach? To w gruncie rzeczy uniwersalne, wyjątkowo sprawne realizacyjnie oraz gatunkowo historie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że Smarzowskiego nie czeka prędzej czy później międzynarodowy sukces. Zasługuje na niego jak mało kto, szczególnie dziś, gdy tak łatwo traci się wiarę w dobre kino.

Inne teksty tego autora: