Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Pośród Oceanu Gwiazd…

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2013-03-06

Pierwsza wyprawa po raz kolejny

First Departure to nie tylko kolejna odsłona jednego z najpopularniejszych cykli gier jrpg, to także nowa inkarnacja jego początków. Remake słynnego Star Ocean : A Fantastic Space Odyssey, które wyszło na konsolę SNES, u schyłku jej istnienia na rynku. Fakt wydania profesjonalnie zanglicyzowanej renowacji tej gry poza granicami Japonii, cieszy niezmiernie, ponieważ oryginał dostępny był jedynie poprzez import japońskiego cartridge’a, bądź niesatysfakcjonującą animację z angielską łatką. Dodatkowo, gra została wydana na przenośnej konsoli Sony, czyli Playstation Portable ( tak wiem, że teraz króluje nam już Vita, ale cóż… na razie brak chętnych do sponsoringu), więc możemy teraz gwiezdny ocean schować w kieszeni i eksplorować w autobusie czy pod szkolną ławką.

Eksploracja i eksterminacja

Styl Star Ocean na PSP uległ jednak zmianie. To, co zachwyciło w SNESowej wersji – otwarty świat bez cięć w postaci przeplatającego się world map i ekranów lochów i lokacji (tak charakterystycznych dla gier jrpg) zniknął. Jego miejsce zajął standardowy dla tego typu produkcji engine – będący zresztą zmodyfikowaną na potrzeby handhelda wersją starego dobrego silniczka ze Star Ocean: The Second Story. Śmiem nawet stwierdzić, że SO: FD, to zarówno w grze, jak i w doświadczaniu audio-video brat bliźniak wzmiankowanej wyżej produkcji.

Eksploracja to standard dla gatunku: tu skrzynka, tam NPC, po drodze sklep i jakieś lochy i smoki. Okraszono to wszystko ładną, klasyczną oprawą, której jednak ze względu na wyżej wymienione bliźniactwo do SO: TSS, ostatecznie brak jakiegoś szczególnego charakteru – ot, fajnie to wygląda, dobrze się w to gra, ale jednak – nihil novi sub sole.

To samo można powiedzieć o walkach – jednak te są w sadze Star Ocean na tyle oryginalne na tle reszty jrpg (No… wiadomo, Talesy są podobne pod tym względem, ale kto zna historie gatunku ten wie, że to niemal jedna seria), że nie warto robić z tego zarzutu. A warto o tym napisać: w skrócie, pomimo przenosin na osobną arenę, walczymy tu nie w turach a w pseudo-real time, z możliwością swobodnego ruchu jedną postacią. Reszta drużyny pod kontrolą programowalnego ( w bardzo łatwy sposób) AI pomaga nam jak może (i zazwyczaj nie przysparza nam tym bólu głowy, choć jak zawsze w takich przypadkach – są wyjątki).

Dodatkowym atutem rozgrywki jest niewątpliwie, pojawiający się również we wszystkich pozostałych grach serii, system skilli i kustomizacji przedmiotów. Oprócz doświadczenia, po każdej zakończonej batalii zdobywamy sill points, które możemy ulokować by podnosić poziomy szczególnych umiejętności – nie tylko tak oczywistych jak większe szanse na krytyczne obrażenia, ale również umożliwiających gotowanie, kowalstwo, kieszonkowe kradzieże, czy przyzywanie gigantycznego królika (sic).

Gdzie moja gra?

Oprawa graficzna i muzyczna stoją na zadowalającym poziomie, system rozgrywki nie jest może rewolucyjny, ale trzyma się kupy, a całość ma posmak odpowiednio wielkiej przygody… Czy aby na pewno?

Gra opowiada historię bliźniaczą do swego pierwowzoru – to wariacja na temat Star Trekowskiej wizji przyszłości, gdzie ziemski sojusz gwiezdny próbuje zaprowadzić ład i moralność pośród zwaśnionych kosmicznych nacji. Akcja zaczyna się na planecie, której nie dotknęła jeszcze technologiczna rewolucja i konfrontuje jej mieszkańców z zaawansowanymi cywilizacyjnie kosmicznymi kadetami. Całość to typowa już dla serii Star Ocean mieszanka klimatów heroic fantasy i twardego science fiction, dość rzadko spotykana poza granicami japońskich wysp.

I choć historia jest mało odkrywcza i stanowi jedynie pretekst dla przeciągnięcia gracza po kolejnych lochach i ukazania dość prostych relacji między bohaterami (które jednak nabierają rumieńców, gdy zdecydujemy się na tzw. private action – odwiedzenie miasta poza fabułą, kiedy to możemy obserwować dokładniej interakcje między bohaterami i kreować z nimi szczególne przyjaźnie), to jednak potrafi nieźle wciągnąć i… tutaj wielka szkoda, bo kiedy zaczyna robić się naprawdę interesująco, okazuje się, że gra pozostawia nam jedynie do zwiedzenia ostatni loch i przewinięcie przed oczami listy creditsów.

Niestety, gra, która była wydawana u schyłku żywota poczciwego SNESa – została w paskudny sposób okrojona, prawdopodobnie na skutek przyśpieszanej premiery. Więc kiedy wydaje się Wam, że przygoda właśnie wskoczyła na właściwe tory – cóż… zbliżacie się nieuchronnie do końca tej kosmicznej opowieści. Niezmierna to szkoda, ze team odpowiedzialny za nową wersję tej gry, nie pokusił się o restorację tego, co zostało wycięte na rzecz szybkiego wydania tytułu an światło dzienne. Zdawałoby się, że winno to być priorytetem, zwłaszcza ze SO: FD nie należy do gier trudnych, więc powinien długością nadrabiać ten mankament… Co prawda pojawiły się dodatkowe lochy i postacie, jednak nie SA one w stanie załatać ogromnej fabularnej dziury czyhającej na graczy, której najzwyczajniej w świecie w remaku takiej produkcji nie da się usprawiedliwić.

Fin

Ostatnie akapity przyniosły ze sobą trochę narzekania na to, owo i tamto, ale SO: FD nie nazwałbym z tychże powodów grą nieudaną. Uważam ją za bardzo udaną, choć nie perfekcyjną próbę oddania pierwszej części jednej z najważniejszych sag jrpg w ręce nowych graczy. Jest to projekt ciekawy i pomimo kilku błędnych decyzji i niewykorzystanych okazji – gra godna polecenia.

Może nie gwarantuje ona niesamowitej przygody i zdaje się nieco poszatkowana, ale taka już byłą specyfika wyjściowego materiału. Znajdzie się w niej za to sporo rzeczy do zrobienia, dobrej muzyki do posłuchania i widoków do nacieszenia oka. Również animowane filmy (czemu tak nie wiele ich tutaj?) Stanowią bardzo duży plus tej produkcji, pozwalając stanąć bliżej nieco spartańsko nakreślonych bohaterów.

Jest to jednak przede wszystkim produkcja adresowana tak samo jak każda inna część cyklu Star Ocean – do ludzi znudzonych standardowymi settingami w japońskich grach roleplaying i ich utartymi schematami w prowadzeniu walki i używaniu przedmiotów.

Ogółem: jeśli masz PSP i nie grałeś… spróbuj, nie gwarantuję, że będzie to przygoda Twojego życia, ale na pewno spędzisz z tą grą co najmniej paręnaście miłych godzin.

Inne teksty tego autora: